Czy mówić wprost o pieniądzach?

Kiedyś pewien znajomy pisał mi o dość ciekawym mieście, pomińmy nazwę tego miasta, by nie wywoływać niepotrzebnych dyskusji, tym bardziej, że mam tam teraz jakieś swoje sprawy, mieście podzielonym na dwie zasadnicze części. Część starą, autochtońską, starą i nieco zapyziałą o charakterze robotniczym oraz nową pełną ludzi przyjezdnych, ale też wszelkiej maści inteligencji i innych krawaciarzy.

Wątek opowieści był skupiony na różnym podejściu do przysług, rozliczeń i w ogóle pieniądza w dwóch różnych częściach miasta. „Inteligencja” z nowej części miasta traktowała pieniądze i rozmowy o pieniądzach jako coś niegodnego, nieczystego i sprawy rozliczeń miedzy znajomymi, rodziną, itp. Raczej załatwiano jakimiś aluzjami, ęęęę… ąąąą…. no wiesz, no ten… tego... bo przecież gentelmani w białych rękawiczkach o pieniądzach i interesach nie rozmawiają. Sam fakt wejścia na tematykę finansowo-rozliczeniową traktowany był jako nietakt i brak obycia.

Oczywiście powodowało to i powoduje mnóstwo niejasności i konfliktów., natomiast etos PRLowskiej, czy postPRLowskiej tzw. inteligencji jest wciąż silny. Gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają.

US_$20_Series_2006_Obverse

Wróćmy do starej, robotniczej części miasta X, gdzie nie ma dylematu. Podczas pobytu idę tam i mówię do znajomego: Robson, słuchaj, ja mam taka prośbę, potrzebuje tego i tego, trzeba by załatwić to i tamto. Robson bez namysłu odpowiada, no jak dla ciebie, po znajomości to wykładasz tyle i tyle gotówki i jedną 0,7, styka? No dobra, styka.

Nie muszę mówić, że rozmowa taka jest prosta, czysta i na temat. Nie traci się czasu, unika się niedopowiedzeń i jakiegoś poczucia nieodwdzięczenia się, zobowiązania, niejasności, itp.

Czy tak czy inaczej pojęta inteligencja w XXI wieku mogłaby zrezygnować z ciurlania się, ęchów i ąchów w rozmowach o pieniądzach, przysługach, zobowiązaniach? Myślę, że tak.

Nie byłoby tekstów w stylu. No wiesz, co prawda mówiłem wtedy, że w zamian pomogę…. ale tak naprawdę miałem na myśli, że….. bo biorąc pod uwagę jak…. to jednak przez jakiś czas…., zatem skoro tak myślałem to właściwie… wiesz… a w ogóle byłem przekonany, że to już zauważyłeś i się domyśliłeś….

Grrr…. szlag mnie trafia jak słyszę podobne słowne ciurlanie się.

Naprawdę o wiele bardziej lubię podejście kol. Robsona, który mówi od razu, prosto jasno i na temat… Remigiusz, stówa i „Borewicz” i sprawę załatwię do piątku wieczór, czy kol. Grzechu, który odpowiada, wiesz podrzuć cztery stówy, załatwię sprawę na czwartek, po czym dzwoni w środę rano, że już gotowe. Każdorazowo układ/przysługę, itp. kończymy czysto i bez dylematu, mimo iż wiadomo, że między znajomymi stosuję się nieco inną taksę niż wśród obcych.

Robson, po spożyciu części mojego „odwdzięczenia się” za sprawę podsumowuje… Remigiusz… wiesz, ty to jesteś co prawda inteligent, ale akurat z tobą można się jakoś dogadać, bo z tą resztą was – krawaciarzy to różnie bywa.