Zupa partyzancka i trudne czasy

Opowiem dziś Wam rodzinną historię – pewną historię kulinarną. Dawno, dawno temu w czasie wojny mój Dziadek był w partyzantce. W lesie na ogół jedzono nie lepiej, niż w okolicznych wsiach, była wojna, był głód. Jadało się biednie – dzisiaj możemy powiedzieć – bardzo oszczędnie. Jednym z popularniejszych posiłków w lesie była tzw. zupa partyzancka, nie tylko niewymagająca wielu składników, ale też dość szybka w wykonaniu (zbyt długie palenie ognia kiedy nie jest to absolutnie konieczne – nie było pożądane). Na szczęście mimo totalnej prostoty – zupa była smaczna.

Jak się tę zupę robi?

Bierzemy kilka ziemniaków, obieramy, myjemy, kroimy w drobną kostkę. Wrzucamy do wody i zaczynamy gotować. Następnie bierzemy jedną dużą cebulę i rozkrajamy ją na 2-4 części. Cebulę wrzucamy na kamień blisko ognia, na blachę pieca,  współcześnie na palnik w kuchence gazowej. Cebula musi się planowo przypalić – na krawędziach częściowo zwęglić. To nada zupie specyficznego aromatu. Przypaloną cebulę wrzucamy do zupy i gotujemy.

Reszta składników zupy, poza jej kluczowym, finalnym zaprawieniem jest na zasadzie doboru składników do klasycznego bulionu warzywnego, z tą zasadą, że lepiej czegoś nie dać, niż wrzucić za dużo – przecież chcemy odtworzyć wiernie zupę z czasów kryzysowych, jej charakter i smak, zgadza się?

Dodajemy zatem liść laurowy, ziele angielskie, z warzyw ewentualnie kawałek marchewki, być może kawałek pietruszki i/lub selera. Mogą to być warzywa suszone, ewentualnie jakaś gotowa mieszkanka warzywna. Pieprz, sól. Ja lubię jeszcze dodać lubczyku. Zupę można ugotować nawet w krótszym czasie niż pół godziny.

Jeden z kolegów, który także zna tę potrawę, poradził mi dodanie odrobiny zasmażki z mąki. Można dodać, ale zasmażka musi być mocno podsmażona, na kolor złoty, nawet już ciemnobrązowy.  Nie jest to jednak składnik konieczny.

Kluczową zaprawą naszej zupy jest jednak – w wersji biednej – pokrojona w kostkę i mocno podsmażona cebula – w wersji bogatej – ta sama cebula z dużym dodatkiem słoniny/skwarków. Smażoną cebulę i skwarki wrzucamy do zupy pod koniec gotowania, albo już do talerza, ilościowo wedle indywidualnego gustu.

Tak kiedyś często jadano… wcale nie tak źle, choć przyznacie, że skromnie. Tytułową zupę partyzancką Dziadek gotował za tzw. komuny, kiedy też nie było wesoło i trudno było o niektóre podstawowe produkty spożywcze, a zdobycie małego i kosztownego kawałka mięsa było nie lada wyzwaniem. Jak „zdobyło się” jedynie kawałek słoniny – była w domu zupa partyzancka.

Dziś mamy zupełnie inne czasy i powrót do opowieści rodzinnych, czy nawet czasu mojego wczesnego dzieciństwa to dla wielu odrobinę młodszych ludzi naokoło zupełna abstrakcja. Wyobrażanie sobie faktu, że w sklepie obok można dostać chleb, mleko, czarną herbatę, ocet, ziemniaki i może jeszcze trochę warzyw i właściwie niewiele więcej jest najwyraźniej trudne – a tak rzeczywiście było i ja dobrze to pamiętam. Pamiętam też radzenie sobie z wiecznymi niedoborami, kombinowanie, zdobywanie warzyw, owoców, mięsa – robienie przetworów przez Dziadków i Rodziców praktycznie przez całe lato, by przygotować się na zimę…

Dzisiaj robienie własnych przetworów, odgrzebywanie starych sposobów Rodziców i Dziadków wraca do łask, znów staje się modne, choć nie tak dawno budziło to jeszcze uśmiech i politowanie. Do łask wraca np. posiadanie ogródka działkowego i uprawa własnych warzyw oraz owoców…

Tyle, że dziś nie robimy tego wszystkiego z biedy, ale z powodu fatalnej jakości „zdrowotnej” żywności przemysłowej, szczególniej tej  wysoko przetworzonej…

Chociaż co by było, gdyby czasy obfitości minęły i wrócił kryzys przez duże K, taki jakiego doświadczali nasi przodkowie… może dlatego warto znać i praktykować niektóre sposoby na potrawy, przetwory, pozyskanie własnej żywności… słowem – na przygotowanie się na trudne czasy…

 

Wyślij ten wpis znajomym!

5 przemyśleń nt. „Zupa partyzancka i trudne czasy”

  1. aha, w wariancie jednogarnkowym, np. mamy przy palenisku w lesie tylko jeden kociołek na przygotowanie zupy – zaczynamy „od końca” – czyli najpierw w kociołku smażymy cebulę ze słoniną, to zalewamy wodą, potem ziemniaki, itp.

    osobiście wolę jednak wariant domowy, albo pół na pół, czyli trochę „przedsmażenia” i trochę po 😉

  2. Dodae tylko od siebie ciekawostkę z zakresu nazwijmy to kuchennej chemii. Kluczowym etapem tego typu kryzysowych potraw jest kontrolowane zesmażenie nawet częściowe nadpalenie wybranych składników. Zachodzą wtedy tzw reakcje Mailarda których produkty daja ten aromat pieczystego. To dzięki nim mając nawet malutki skrawek mięsa, który na kęs by nie starczył możemy możemy chociażby gulaszowi ziemniaczanemu nadać wrażenie częściowo mięsnego.

  3. No mocno oszczędna to zupka. Ale kto wie, może kiedyś będę musiał taką gotować. Mam nadzieje, że jednak nie.
    Ale podany przez ciebie przepis stoi w totalnej opozycji z tym co teraz serwuje się nam na facebookach, czy w telewizji, gdzie wszyscy gotoują wymyślne dania.

    1. Bo nie sztuka jest ugotować danie za kwotę, która niektórym musi starczyć na powiedzmy tydzień. Sztuka jest zrobić coś smacznego z kilku prostych i tanich składników i najlepiej tak by codziennie jeść względnie co
      innego.

    2. Co do totalnej opozycji 🙂
      Uwielbiam tzw. polewkę…
      Maślanka zagotowana z odrobiną mąki do zagęszczenia i wylana na talerz na którym jest podrobiony twaróg. Sól i pieprz do smaku. Jak mam w lodówce to dodaję odrobinę kwaśnej śmietany i żółtego sera…
      I zapewniam Ciebie, że żadne fejsbuki, blogi i telewizje nie przekonają mnie, że jest smaczniejsza zupa 🙂
      No żeby jeszcze w przypadku „koryta” oglądać się na to, co modne? Luuuudzie… no koniec świata 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Policz to * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.