Moja przeprowadzka do mniejszego miasta

10409525_975481012531631_3277003589840660289_n

Wielokrotnie na blogu, czasem pół żartem, pół serio podkreślam, że mieszkam „poza metropolią”, w Lubinie, jednym z miast aglomeracji (a precyzyjnie, w terminologii urbanistycznej, konurbacji) Zagłębia Miedziowego. Miasto liczy ok. 75000 mieszkańców, co w porównaniu do niektórych metropolii jest naprawdę niewielką liczbą.

Cóż w tym dziwnego? Zwłaszcza, że pochodzę z Lubina. Życie w rodzinnym mieście? Normalna sytuacja dla większości ludzi w Polsce. Otóż dla mnie nie do końca taka oczywista.

Na studia wybrałem się do Poznania, po studiach „zagospodarowałem się” w Poznaniu i zdecydowałem się tam zamieszkać na stałe. Zbudowałem sobie w Poznaniu „życie”, założyłem tam firmę, funkcjonowałem na co dzień, jak tysiące podobnych mi ludzi, mając Poznań za swoiste mentalne „centrum grawitacji”. Leciały lata. W mojej głowie były takie pojęcia jak „nasz” Poznań, „u nas” w Poznaniu, „u nas” pod Poznaniem… u nas*

800px-Park_Sołacki2*Trzeba przyznać, że w Poznaniu jest jednak pewne dyskretna różnica między tzw. rodowitymi Poznaniakami i „przyjezdnymi”. Jednak ja byłem przecież „przyjezdnym” z wielkopolskim pochodzeniem, czyli kimś bardziej „poznańskim” niż jacyś przybysze z dalekiej Lubelszczyzny czy innych egzotycznych Mazur…

Mimo wszystko pewnego dnia została podjęta decyzja. STOP! Wyjeżdżam z Poznania. Kończę swoje sprawy w Poznaniu i organizuje się w Lubinie. Żegnam Stolicę Wielkopolski i witam Stolicę Zagłębia Miedziowego (stolicę małą, ale dumną!!!).

Poznan_centrumOj, nie doszukujcie się tu jakiejś nostalgii za miastem dzieciństwa, czy silnego uderzenia patriotyzmu lokalnego po meczu Zagłębia (choć przyznaję, jestem lokalnym patriotą… lubię zarówno Poznań jak i Lubin). To była bardziej decyzja typu: Zostawiam duże miasto i zamieniam je na mniejsze miasto!Zdjęcie-1506Jeszcze rok przed podjęciem tej decyzji wyjazd z dużego miasta byłby dla mnie abstrakcją, herezją, szokiem, degradacją… czymś niemożliwym! Jak można opuścić takie piękne, duże miasto jak Poznań! A jednak!

Powody tej decyzji dojrzewały przez kilka miesięcy, może nawet rok i wynikały z obserwacji, rozmów oraz czystej, ekonomicznej kalkulacji:

  • w tym czasie wielu moich rówieśników, Kolegów i Koleżanek ze studiów wracało do swoich rodzinnych, mniejszych miast, gdzie np. mieli zapewnioną pracę, „awaryjne” mieszkanie u rodziny, itp.
  • niektórzy przeprowadzali się do mniejszych miast – niekoniecznie rodzinnych, często w szeroko pojętej aglomeracji,  za pracą (bo otwierał się nowy oddział firmy i była okazja awansu), z chłodnej kalkulacji (niskie koszty zakupu mieszkania), z powodów dojazdu (o wiele szybciej jest dojechać do pracy na obrzeża Poznania z miejscowości 35km dalej, niż z dzielnic samego Poznania na jego krańce)
  • w tym czasie w Poznaniu nie było znów tak łatwo o dobrą pracę (bez znajomości), mi się co prawda udało, ale za cenę forsownego „przebijania się” i walki o byt firmy… to stawało się nużące, choć z drugiej strony satysfakcjonujące
  • do satysfakcji jednak nie należały codzienne bolączki życia w dużym mieście, między innymi… czekanie na przystankach, godziny stracone w tramwajach czy wreszcie we własnym samochodzie… korki, koraski, koreczki… brr… kojarzycie te klimaty?… a ja nie jestem zbyt cierpliwą osobą
  • koszta życia i prowadzenia firmy w dużym mieście były wyższe niż poza metropolią, a ja prowadziłem firmę w internecie (w dużym stopniu niezależną od lokalizacji)
  • mimo, że mieszkałem w dużym mieście, praktycznie nie korzystałem z wielkomiejskich uroków Centrum, przez ostatni rok mieszkania w Poznaniu, zaledwie raz byłem na Starym Rynku, mimo, iż na ten rejon miałem widok z okien mieszkania….

W Poznaniu mieszkałem najczęściej (i przez ostatni okres w tym pięknym mieście) w północnej części miasta, gdzie blokowiska są na tyle typowe, że w moich okolicach (także w innym miastach Zagłębia Miedziowego) zdarzała mi się deja vu… np. jadąc autem przy natłoku spraw…. przez krótką chwilę wydaje mi się, że jestem w Poznaniu i muszę skręcić w stronę Centrum. Ot… architektura PRL… po prostu wszędzie to samo, codzienne życie na osiedlu było takie same.

Życie kulturalne i weekendy w mniejszym mieście…

Przeprowadzka nie była tak zupełnie łatwa, jak to sobie wyobrażaliśmy i przez pierwszy rok, można śmiało powiedzieć, miała miejsce powolna aklimatyzacja do (nawet już z mojej perspektywy świeżo upieczonego Poznaniaka) zupełnie nowych warunków życia.

Nie da się ukryć, że doskwierał nam (mi i żonie) mniejszy wybór oferty kulturalnej (W Poznaniu często bywaliśmy w Teatrze Nowym), znacznie mniejsza oferta handlowa, brak perspektyw na takie spędzanie wolnego czasu, które kiedyś mieliśmy w Poznaniu (nawet jeśli się z tego wszystkiego aż tak aktywnie nie korzystało, to była taka możliwość – to także ważne).

sz2

Kompensowaliśmy sobie to w piątek po pracy wskakując w samochód i jadąc do pobliskich większych miast (np. do teatru w Legnicy) do centrów handlowych Wrocławia, w pobliskie góry (Karpacz, Szklarska Poręba), itp.

Dzisiaj z pewnej perspektywy widzę, że znacznie częściej korzystaliśmy z „uroków życia” niwelując pewien „cywilizacyjny” dyskomfort życia w małym mieście, niż podczas pobytu w Poznaniu, mając przecież wszystko tuż na wyciągnięcie ręki. Zaskakujące? Nieprawdaż?

Przez ostatnie lata nasze małe miasto zmieniło się w znacznym stopniu, wszystko odnowione, coraz więcej obiektów handlowych, np. galeria z multikinem, nowe obiekty sportowe, świetna hala widowiskowa, itp. Jest lepiej i ciekawiej z roku na rok. Coraz mniej powodów, aby po rozrywkę jechać do Wrocławia.

12.03.2016 - 1

Wygody życia w mniejszym mieście…

Co mogę powiedzieć? Po prostu wszędzie blisko. Przedszkole blisko, szkoła blisko, przychodnia blisko, urzędy blisko, sklepy blisko, praca jeszcze bliżej…

Człowiek nie dusi się w korkach i na dojazdach 2-3h dziennie! Bez tłoku i nerwów! To są dokładnie te same argumenty, którymi raczyli nasz znajomi, którzy wcześniej zostawili metropolię na rzecz małego miasta.

Gdyby nie pewne uwarunkowania, o których pisałem ostatnio, można by obyć się zupełnie bez samochodu, a i w wielu przypadkach bez komunikacji miejskiej (która jest u nas zupełnie za darmo).

Korki zdarzają się o wiele rzadziej niż w dużych miastach i to głównie w miejscach tranzytowych, które uświadomieni mieszkańcy mogą ominąć. Trochę różnych wad by się na upartego znalazło, ale powiedzmy sobie szczerze, gdzie ich nie ma…

trzyPodsumowując…

Jest wygodnie. Eksperyment pt. „wyprowadzka z dużego miasta” się udał. Nie zapieram się,  że kiedyś nie wyląduje znów do metropolii (a może wyląduję zupełnie na wsi? …nie wiem), sprawy życiowe i zawodowe różnie się układają i trudno wszystko przewidzieć, ale na razie jest dobrze.

Osobom czytającym moją historię mogę jedynie poradzić, by nie „klinować” się mentalnie na jednym słusznym rozwiązaniu i nie trzymać się ślepo np. dużego miasta, jeśli np. warunki życia nie wydają się optymalne. My w Polsce za często „zapieramy się” i trzymamy kurczowo jednego, wybranego miejsca. (Czasem wynika to np. z wziętego kredytu i zobowiązań względem banku.) Warto jednak próbować różnych rozwiązań i szukać czegoś dla siebie…

…i jak najwygodniejszego rozwiązania dylematu życie/praca/mieszkanie życzę Tobie. Jak masz jakieś przemyślenia – pisz w komentarzach.

11 myśli na temat “Moja przeprowadzka do mniejszego miasta”

  1. No cóż, my też z pewnych względów się przeprowadzamy (z Wrocławia) w rodzinne strony. Od kiedy pracuję „na swoim” to nie mam potrzeby codziennego stania w korkach. A w razie potrzeby będę miał godzinę do Wrocławia.

    1. zdjęcie tytułowe to Lubin, akurat trafiłem na zbiorczy parking między blokami dedykowany dla przyczep 😉

      sam fakt, że masz dylemat czy to Lubin czy Poznań, świadczy o jednym, blokowiska z PRL, czy to Winogrady, czy Zagłębie Miedziowe – są w gruncie rzeczy identyczne

  2. lubin biedne miasteczko tam sprzataczka zarabia 7 000 na rekę po odliczeniu podatku to tak jakby nie mieszkac na manhatanie tylko na west side

  3. Świetny artykuł. Bardzo dobrze się czyta twoje wpisy. Zawsze robię to z największą przyjemnością. I tym razem kiedy czytałem o przeprowadzce.

  4. Cześć, bardzo przyjemny styl pisania, czyta się bardzo lekkoi przyjemnie 🙂 Co do tematu: też mieszkam w Poznaniu, ale pracując na etacie nie za bardzo widzę możliwość przeniesienia się do mniejszego miasta, chociażby mojego przecież i tak dużego rodzinnego Torunia. Ofert pracy więcej, zarobki wyższe, tylko te ceny mieszkań… Zazdroszczę Ci „bycia na swoim” 🙂 Bardzo fajny blog, pozdrawiam!

  5. Mi też się wydaje że wielkie miasta nie są ideałem jak dla mnie ideałem było by miasto ale takie od 200 tyś mieszkańców do max 360 tyś .Wczoraj byłem w Bydgoszczy i myślę że tej wielkości miasto jest najbardziej optymalne 360 tyś nie jest to jeszcze metropolia ale nie jest też małe miasteczko coś pośrodku .Anonimowość już jest zachowana i uroki dużego miasta są ale z drugiej strony niema jeszcze aż tak paskudnych korków jak to czasami w Poznaniu bywa. Chociaż w Poznaniu ostatnio jest troszkę mniej korków to przez zachodnią obwodnicę s11 i wschodnią s5 .

    1. popatrz, a ja Bydgoszcz zawsze staram się omijać szerokim łukiem z uwagi na korki

      co do przemyśleń „wielkościowych” to pełna racja, mam dokładnie te same, jeśli chodzi o ew. przeprowadzkę myślałem o Gdyni

      1. Katowice są rozmiarowo i ilościowo w mieszkańcach podobne do Bydgoszczy a dodatkowo w aglomeracji. Żebym nie został źle zrozumiany, nikogo nie zachęcam do przeprowadzki tutaj.
        A skąd pomysł o Gdyni? Bo chyba nie z powodu bliskości zatoki i morza.

        1. Gdynia? Odwiedzam wiele miast w Polsce – to interesujący mnie typ miasta, aglomeracja trójmiejska, więc już odpowiednia skala dająca możliwość biznesu. Bliskość morza to dodatkowy atut jeśli ktoś je lubi. No i ludność mieszana etnologicznie, co mi odpowiada.

          W Katowicach, czy w moim ulubionym Poznaniu (w małym stopniu) ale jednak, jest ten uciążliwy podział na swoich i przyjezdnych.

  6. Poznań – mam identyczne skojarzenia. Ciągła walka o sprawy bytowe, wyścig szczurów, rynek skierowany typowo pod studenta, korki i tym podobne atrakcje sprawiły, że mam dość tej aglomeracji 🙂

    Jest jednak jedna kwestia, która odwodzi mnie od małego miasta – praca. Czasami rynek pracy jest malutki, a jeśli grunt zaczyna się palić, to ciężko znaleźć alternatywę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Policz to *