Moja przeprowadzka do mniejszego miasta

Wielokrotnie na blogu, czasem pół żartem, pół serio podkreślam, że mieszkam „poza metropolią”, w Lubinie, jednym z miast aglomeracji (a precyzyjnie, w terminologii urbanistycznej, konurbacji) Zagłębia Miedziowego. Miasto liczy ok. 75000 mieszkańców, co w porównaniu do niektórych metropolii jest naprawdę niewielką liczbą.

Cóż w tym dziwnego? Zwłaszcza, że pochodzę z Lubina. Życie w rodzinnym mieście? Normalna sytuacja dla większości ludzi w Polsce. Otóż dla mnie nie do końca taka oczywista.

Na studia wybrałem się do Poznania, po studiach „zagospodarowałem się” w Poznaniu i zdecydowałem się tam zamieszkać na stałe. Zbudowałem sobie w Poznaniu „życie”, założyłem tam firmę, funkcjonowałem na co dzień, jak tysiące podobnych mi ludzi, mając Poznań za swoiste mentalne „centrum grawitacji”. Leciały lata. W mojej głowie były takie pojęcia jak „nasz” Poznań, „u nas” w Poznaniu, „u nas” pod Poznaniem… u nas*

800px-Park_Sołacki2*Trzeba przyznać, że w Poznaniu jest jednak pewne dyskretna różnica między tzw. rodowitymi Poznaniakami i „przyjezdnymi”. Jednak ja byłem przecież „przyjezdnym” z wielkopolskim pochodzeniem, czyli kimś bardziej „poznańskim” niż jacyś przybysze z dalekiej Lubelszczyzny czy innych egzotycznych Mazur…

Mimo wszystko pewnego dnia została podjęta decyzja. STOP! Wyjeżdżam z Poznania. Kończę swoje sprawy w Poznaniu i organizuje się w Lubinie. Żegnam Stolicę Wielkopolski i witam Stolicę Zagłębia Miedziowego (stolicę małą, ale dumną!!!).

Poznan_centrumOj, nie doszukujcie się tu jakiejś nostalgii za miastem dzieciństwa, czy silnego uderzenia patriotyzmu lokalnego po meczu Zagłębia (choć przyznaję, jestem lokalnym patriotą… lubię zarówno Poznań jak i Lubin). To była bardziej decyzja typu: Zostawiam duże miasto i zamieniam je na mniejsze miasto!Zdjęcie-1506Jeszcze rok przed podjęciem tej decyzji wyjazd z dużego miasta byłby dla mnie abstrakcją, herezją, szokiem, degradacją… czymś niemożliwym! Jak można opuścić takie piękne, duże miasto jak Poznań! A jednak!

Powody tej decyzji dojrzewały przez kilka miesięcy, może nawet rok i wynikały z obserwacji, rozmów oraz czystej, ekonomicznej kalkulacji:

  • w tym czasie wielu moich rówieśników, Kolegów i Koleżanek ze studiów wracało do swoich rodzinnych, mniejszych miast, gdzie np. mieli zapewnioną pracę, „awaryjne” mieszkanie u rodziny, itp.
  • niektórzy przeprowadzali się do mniejszych miast – niekoniecznie rodzinnych, często w szeroko pojętej aglomeracji,  za pracą (bo otwierał się nowy oddział firmy i była okazja awansu), z chłodnej kalkulacji (niskie koszty zakupu mieszkania), z powodów dojazdu (o wiele szybciej jest dojechać do pracy na obrzeża Poznania z miejscowości 35km dalej, niż z dzielnic samego Poznania na jego krańce)
  • w tym czasie w Poznaniu nie było znów tak łatwo o dobrą pracę (bez znajomości), mi się co prawda udało, ale za cenę forsownego „przebijania się” i walki o byt firmy… to stawało się nużące, choć z drugiej strony satysfakcjonujące
  • do satysfakcji jednak nie należały codzienne bolączki życia w dużym mieście, między innymi… czekanie na przystankach, godziny stracone w tramwajach czy wreszcie we własnym samochodzie… korki, koraski, koreczki… brr… kojarzycie te klimaty?… a ja nie jestem zbyt cierpliwą osobą
  • koszta życia i prowadzenia firmy w dużym mieście były wyższe niż poza metropolią, a ja prowadziłem firmę w internecie (w dużym stopniu niezależną od lokalizacji)
  • mimo, że mieszkałem w dużym mieście, praktycznie nie korzystałem z wielkomiejskich uroków Centrum, przez ostatni rok mieszkania w Poznaniu, zaledwie raz byłem na Starym Rynku, mimo, iż na ten rejon miałem widok z okien mieszkania….

W Poznaniu mieszkałem najczęściej (i przez ostatni okres w tym pięknym mieście) w północnej części miasta, gdzie blokowiska są na tyle typowe, że w moich okolicach (także w innym miastach Zagłębia Miedziowego) zdarzała mi się deja vu… np. jadąc autem przy natłoku spraw…. przez krótką chwilę wydaje mi się, że jestem w Poznaniu i muszę skręcić w stronę Centrum. Ot… architektura PRL… po prostu wszędzie to samo, codzienne życie na osiedlu było takie same.

Życie kulturalne i weekendy w mniejszym mieście…

Przeprowadzka nie była tak zupełnie łatwa, jak to sobie wyobrażaliśmy i przez pierwszy rok, można śmiało powiedzieć, miała miejsce powolna aklimatyzacja do (nawet już z mojej perspektywy świeżo upieczonego Poznaniaka) zupełnie nowych warunków życia.

Nie da się ukryć, że doskwierał nam (mi i żonie) mniejszy wybór oferty kulturalnej (W Poznaniu często bywaliśmy w Teatrze Nowym), znacznie mniejsza oferta handlowa, brak perspektyw na takie spędzanie wolnego czasu, które kiedyś mieliśmy w Poznaniu (nawet jeśli się z tego wszystkiego aż tak aktywnie nie korzystało, to była taka możliwość – to także ważne).

sz2

Kompensowaliśmy sobie to w piątek po pracy wskakując w samochód i jadąc do pobliskich większych miast (np. do teatru w Legnicy) do centrów handlowych Wrocławia, w pobliskie góry (Karpacz, Szklarska Poręba), itp.

Dzisiaj z pewnej perspektywy widzę, że znacznie częściej korzystaliśmy z „uroków życia” niwelując pewien „cywilizacyjny” dyskomfort życia w małym mieście, niż podczas pobytu w Poznaniu, mając przecież wszystko tuż na wyciągnięcie ręki. Zaskakujące? Nieprawdaż?

Przez ostatnie lata nasze małe miasto zmieniło się w znacznym stopniu, wszystko odnowione, coraz więcej obiektów handlowych, np. galeria z multikinem, nowe obiekty sportowe, świetna hala widowiskowa, itp. Jest lepiej i ciekawiej z roku na rok. Coraz mniej powodów, aby po rozrywkę jechać do Wrocławia.

12.03.2016 - 1

Wygody życia w mniejszym mieście…

Co mogę powiedzieć? Po prostu wszędzie blisko. Przedszkole blisko, szkoła blisko, przychodnia blisko, urzędy blisko, sklepy blisko, praca jeszcze bliżej…

Człowiek nie dusi się w korkach i na dojazdach 2-3h dziennie! Bez tłoku i nerwów! To są dokładnie te same argumenty, którymi raczyli nasz znajomi, którzy wcześniej zostawili metropolię na rzecz małego miasta.

Gdyby nie pewne uwarunkowania, o których pisałem ostatnio, można by obyć się zupełnie bez samochodu, a i w wielu przypadkach bez komunikacji miejskiej (która jest u nas zupełnie za darmo).

Korki zdarzają się o wiele rzadziej niż w dużych miastach i to głównie w miejscach tranzytowych, które uświadomieni mieszkańcy mogą ominąć. Trochę różnych wad by się na upartego znalazło, ale powiedzmy sobie szczerze, gdzie ich nie ma…

trzyPodsumowując…

Jest wygodnie. Eksperyment pt. „wyprowadzka z dużego miasta” się udał. Nie zapieram się,  że kiedyś nie wyląduje znów do metropolii (a może wyląduję zupełnie na wsi? …nie wiem), sprawy życiowe i zawodowe różnie się układają i trudno wszystko przewidzieć, ale na razie jest dobrze.

Osobom czytającym moją historię mogę jedynie poradzić, by nie „klinować” się mentalnie na jednym słusznym rozwiązaniu i nie trzymać się ślepo np. dużego miasta, jeśli np. warunki życia nie wydają się optymalne. My w Polsce za często „zapieramy się” i trzymamy kurczowo jednego, wybranego miejsca. (Czasem wynika to np. z wziętego kredytu i zobowiązań względem banku.) Warto jednak próbować różnych rozwiązań i szukać czegoś dla siebie…

…i jak najwygodniejszego rozwiązania dylematu życie/praca/mieszkanie życzę Tobie. Jak masz jakieś przemyślenia – pisz w komentarzach.