Jestem najemcą nieruchomości… czy jestem szaleńcem?

W roku 2008 postanowiłem skończyć ze „studencką przygodą” pod tytułem „home office”, czyli biuro w domu i wynająłem nieruchomość na działalność gospodarczą. Pierwotnie było to głównie biuro tłumaczeń, ale nie to jest tematem dzisiejszego wpisu, choć kwestia tego biznesu jeszcze się przewinie w dalszej treści. Moja decyzja niczym się nie różni od tysięcy decyzji podejmowanych przez młodych ludzi na początku kariery.

Zaczynam w domu, szybko orientuję się, że praca w domu jest przynajmniej „nieoptymalna” dla dalszego, swobodnego funkcjonowania w poważniejszym biznesie. Przechodzę na osobny lokal.

Co w tym dziwnego? Nic…

Dziwna była, w moim prywatnym przekonaniu, reakcja części otoczenia na moją decyzję, reakcja kuzynów, ciotek, wujków (niepotrzebne skreślić) oraz niektórych znajomych.

Jak to… TY WYNAJMUJESZ? Czy ty jesteś szalony?

W przekonaniu otoczenie decyzja wynajmu była szaleństwem, o ile nie skrajną głupotą. Przecież mogłeś wziąć kredyt i coś kupić? Słyszałem częściej niż chciałem, w komentarzach dotyczących mojej nowej siedziby. Kredyty są teraz takie tanie, a zwłaszcza we Frankach, to się w ogóle opłaca jak nic. Tylko głupek teraz pcha się w wynajem!

Ten tekst typowego wujka Gienka, samozwańczego rodzinnego speca od ekonomii i finansów, wygłoszony zapewne w pierwszej dekadzie lat 2000-nych znacie na pewno na pamięć: Weź kredyt we Frankach, teraz jest tanio, kupisz nieruchomość, zamiast płacić czynsz właścicielowi będziesz spłacał ratę kredytu za własny lokal i nie będziesz wyrzucał pieniędzy w błoto.

Gdzie się podziały dobre rady wujków Gienków w roku 2016 po wszystkich problemach związanych szczególnie z kredytami we Frankach?

Po około 8 latach wynajmu lokalu na biuro mogę pokusić się o pewne podsumowanie:

  • owszem, płaciłem przez lata czynsz i nieruchomość przez to nie stała się moją własnością, jednak jak by było w przypadku, gdybym wziął mocno mi polecany przez wszystkich „doradców” kredyt we Frankach? Moje raty zostałyby nieubłaganie „zjedzone” przez wzrost kursu Franka, a ja zostałbym z długiem na karku. Byłbym teraz w najlepszym razie w sytuacji wyjściowej, tylko niepotrzebnie uwiązany na bankowej smyczy,
  • przez cały ten okres miałem dość dużą swobodę w podejmowaniu decyzji biznesowych, przy dość krótkim okresie wypowiedzenia, miałem możliwość szybkiej zmiany lokalu na większy/mniejszy (w zależności od potrzeb),
  • miałem kilkukrotnie możliwość zmniejszyć lub zwiększyć ilość wynajmowanej powierzchni (pomieszczeń biurowych) w budynku będącym własnością jednego właściciela (w zależności od moich potrzeb biznesowych)
  • miałem (mam) możliwość szybkiej wyprowadzki „biznesowej” połączonej z dość radykalną zmianą miejsca zamieszkania (inna część Polski) bez żadnych konsekwencji związanych z posiadanym lokalem,
  • mój pierwszy biznes w tym lokalu, mianowicie biuro tłumaczeń, zamknąłem i gdyby lokal mi nie odpowiadał w zupełnie nowym biznesie. mogłem go swobodnie i szybko zmienić na sklep z witryną – to łatwe przy wynajmie, nie tak już proste przy chęci posiadania lokali na własność
  • wynajmowany lokal to nie jest „niedotykalny” zabytek klasy zerowej, miałem i mam możliwość dość swobodnych zmian i remontów wedle moich potrzeb (oczywiście za porozumieniem z właścicielem)
  • koszty kluczowych remontów pokrywał właściciel budynku, lub przynajmniej dokładał się do „interesu”

Tak więc krótko podsumowując:

Wynajmując lokal, za określoną cenę, kupiłem sobie pewien komfort psychologiczny, brak stresu związanego z zadłużaniem się oraz dosyć dużą swobodę biznesową.

12718297_979094318836967_9195962662288705528_n

Oczywiście można tu łatwo przecenić, ale też nie docenić argumentu związanego z poczuciem wolności biznesowej. Skoro jednak uległbym kiedyś „wujkowi Gienkowi” i  wziąłbym kredyt na 20-30 lat na daną nieruchomość pojawiają się kolejne pytania:

  • Jaką mam pewność, że będę zajmował się tym samym biznesem (do którego będzie pasować dany typ lokalu) przez 20-30 lat? Mój biznes już się zmienił na tyle, że przynajmniej dwa razy miałem wątpliwości, czy nie zmienić lokalu i okolicy.
  • Jaką mam pewność, że w moim mieście dobra koniunktura, umożliwiająca mi prowadzenie biznesu i spłatę rat kredytu, będzie trwać kolejne 20-30 lat? Moje miasto jest górniczą monokulturą i prawdopodobieństwo podzielenia losu Wałbrzycha jest całkiem możliwe.
  • Jaką mam pewność, że stan zdrowia, kondycja oraz inne uwarunkowania osobiste pozwolą mi miesięcznie, bez zakłóceń, spłacać ratę kredytu przez kolejne 20-30 lat? W razie większego potknięcia bank zgarnia finalnie całą pulę, a na liczyć na ubezpieczenie jest pewną naiwnością. Ubezpieczenie to prawne pole minowe, a firmy są specjalistami od takiej interpretacji różnych klauzul, aby wymigać się od odpowiedzialności.

Czy Ty znasz odpowiedź na postawione przeze mnie pytania?

Wreszcie czas podjąć finalne zagadnienie dzisiejszego wpisu:

Wszyscy wiemy, że biorąc kredyt, czyli pożyczając pieniądze na 20-30 lat, spłacimy bankowi 2-3 razy więcej niż pożyczyliśmy. Czyli biorąc mieszkanie na kredyt przez okres naszej aktywności zawodowej „kupimy” bankowi przynajmniej dwa mieszkania. Stosunek ten może być jeszcze bardziej niekorzystny, jeśli weźmiemy pod uwagę zawiłości, na przykład takie jakie spotkały polskich Frankowiczów.

Zatem o ile czynsz nie jest ekstremalnie wysoki (a z uwagi na relatywnie wysoką podaż na rynku nieruchomości mój czynsz nie „zabija” mojego osobistego budżetu) czy nie lepiej płacić go spokojnie, bez poczucia winy generowanego przez różnych „wujków Gienków” i innych samozwańczych doradców finansowych w naszym otoczeniu, a jednocześnie systematycznie oszczędzać na zakup wymarzonego, własnego lokalu w przyszłości?

To jest właśnie pytanie do Ciebie!