Aktualności: samochód, ubezpieczenie, konkurs…

Dzisiaj, dość nietypowo dla tego bloga, garść aktualności. Planowałem podjęcie na blogu kilku fachowych tematów, jednak bieżące sprawy domowe i firmowe trochę pokrzyżowały mi plany. Zatem postanowiłem, dla pewnego urozmaicenia formuły bloga, umieścić trochę wieści i przemyśleń, jak za czasów dawnego bloga Racjonalne Oszczędzanie, który funkcjonuje dalej jako mój adres archiwalny/pomocniczy na Blogspocie i nawet umieściłem tam właśnie…

…trzecią edycję złotego konkursu, do której Was serdecznie zapraszam:

Konkurs Goldsaver.pl – srebrna moneta inwestycyjna może być Twoja!

Tymczasem u mnie:

Samochód

Na początek problemy samochodowe. Kilka ostatnich wpisów o tematyce motoryzacyjnej zbiega się u mnie z poszukiwaniem auta, z czym nie jest aż tak łatwo jak się wydaje. Większość tego, co obecnie dostępne jest na rynku od ręki, to auta nowe, dość drogie, pozostałe po wyprzedażach z początku roku albo samochody używane. Nawet w tzw. autoryzowanych salonach to w większości pofirmowe przeszczepy, „dopieszczone” przez mechaników… z kręconymi licznikami i innymi ulepszeniami. Znaleźć coś dobrego w tym morzu „wesołej twórczości blacharzy” nie jest łatwo.

Dealerzy aut jak telemarketerzy

Podczas wizyty w salonie, nawet przy orientacyjnym oglądaniu auta, większość dealerów usilnie próbuje zdobyć mój numer telefonu. Obecnie unikam podawania go, ku zdumieniu sprzedawcy. Wyjaśniam, że odbieranie telefonów w mojej aktualnej pracy jest wysoce niewskazane i kieruję na komunikację przez Internet.

Jednak w kilku przypadkach serce mi zmiękło, bo sprzedawca “musi” mieć w systemie, by przygotować ofertę, itp. Zaznaczam jednak, aby komunikacja telefoniczna odbywała się TYLKO przez SMS, żadnych telefonów do mnie. Proszę o odnotowanie tego w kartotece.

I co myślicie? Respektują prośbę? Zazwyczaj już dzień po grzecznościowym podaniu numeru mam telefon i niepotrzebne zawracanie głowy.

Kawa w salonie

Podczas wielu, wielu wizyt – w żadnym* – nawet w tych tzw. renomowanych salonach samochodowych w Lubinie (a jest ich w rejonie Zagłębia Miedziowego wyjątkowo dużo), nawet przy dłuższej rozmowie nie zaproponowano mi kawy albo herbaty. Mimo, że za plecami sprzedawców stoją ekspresy. Człowiek nie wielbłąd, jeżdżąc po mieście ma się ochotę usiąść i czegoś napić. Raz dosłownie zdecydowanie uciąłem gadkę sprzedawcy, wstałem “w połowie rozmowy” i pojechałem sobie na pobliską stację benzynową po kawę…

Moi Drodzy Dealerzy! Nie wystarczą Wasze garnitury, głowy podniesione do góry i prężące swoje wdzięki ładne sekretarki w salonach. Do Klienta w salonie trzeba umieść podejść i potraktować jak gościa… Kumacie ten klimat?

Salesman with Car Keys

*Ach tak, kawę zaproponowano mi w C. pół roku temu, kiedy dyrektorem sprzedaży był mój znajomy. Po jego odejściu zwyczaj poczęstowania klienta kawą podczas rozmowy, we francuskiej przecież marce, najwyraźniej zanikł.

Assistance

Przydał mi się patent, o którym nie raz była mowa w postach sponsorowanych na moich blogach. Jak widać sam jestem dowodem na to, że te okazjonalne wpisy to nie tylko komercyjne zapychanie strony głównej, ale i często informacje, które się mogą komuś przydać…

Stosunkowo niedawno, wiedziony jakimś przeczuciem wykupiłem u mojego ubezpieczyciela rozszerzoną opcję Assistance. Zapłaciłem ok. 120 zł, natomiast w ostatni weekend ta opcja mi się bardzo przydała. Przez ok. 460 km moje auto jechało na lawecie do domu, a moja rodzina w raz z nim, w kabinie pasażerskiej lawety. Cała przygoda przebiegła w sumie dość komfortowo, relatywnie szybko i przyjemnie (o ile wykluczyć z zakresu słowa “przyjemnie” zepsucie się auta na trasie).

Obecnie próbuję naprawić “stary” samochód, co w naszpikowanym elektroniką egzemplarzu nie jest takie łatwe, ale to już materiał na inną historię…

26 przemyśleń nt. „Aktualności: samochód, ubezpieczenie, konkurs…”

  1. Nie pomyślałeś Remku o tym, by w odpowiedzi na prośbę o podanie nr tel poprosić o kawę? 🙂

    Wyobraź sobie, że kiedyś w dziale obsługi klienta jednego z salonów skody na warszawskim Ursynowie, podjechałem służbowym autem z jakąś usterką, podszedłem i usiadłem przed doradcą klienta, a ten się do mnie zwrócił na powitanie takim oto słowem: „nooo?”. Szczęka mi opadła, ale kiedy indziej opadła mi bardziej, bo kierownik serwisu nazwał mnie „upierdliwym klientem”, gdy przy odbiorze auta po małej stłuczce (faktura na ponad 10 tys. zł) czepiałem się, że przednia lampa jest źle przykręcona.
    Nie dziwią mnie zatem Twoje doświadczenia z brakiem profesjonalizmu w salonach – sprzedawcy niskich lotów skupieni są na pieniądzach a nie na kliencie.
    A wielki szu mawiał: „myślisz o pieniądzach – przegrywasz, myślisz o wygranej – wygrywasz”.
    Ja to stosuje nawet w negocjacjach 😉

    1. Jak wyprosisz to oczywiście kawę podadzą, czasem okazuje się, że nie mają. W sobotę w renomowanej japońskiej marce (było gorąco jak diabli, a rozmowa przedłużała się), dostałem szklankę wody.

      Ja też jestem osobą, która nie lubi prosić. Jakby w salonie stał automat z napojami – kupiłbym sobie sam.

  2. Jest to blog więc napiszę o oszczędzaniu:
    Po pierwsze własnego czasu – jak można dać telefon komuś z kim się nie chce rozmawiać, a później dziwić się, że ta osoba wykonuje swoją pracę i dzwoni, próbując sprzedać samochód. Można to zrobić raz, może dwa ale później to zakrawa na masochizm albo na głębokiego Azheimera.
    Po drugie własnych oczekiwań – jeśli chcemy napić się kawy czy herbaty powinniśmy udać się do kawiarni lub herbaciarni, jeżdżenie w tym celu po salonach samochodowych to jak wycieczka do zoo żeby dostać coś na obiad. Niby też maja tam ptaszki i zwierzątka, a nikt nigdy nie zaproponował mi udka czy schabowego. Jeśli ktoś jest w stanie kupić samochód tylko dlatego, że dostał kubek kawy to nie powinien się zdziwić jak na podwórku będzie stała stara Syrenka tylko dlatego, że mieli fenomenalne espresso. Skoro jednak nikt nie podejmuje decyzji o kupnie samochodu na podstawie ilości śmietanki w cappucino, to salony mają rację nie oferując napojów spragnionym oglądaczom.
    Po trzecie własnej twarzy – ucinając „gadkę” gdyż nachodzi nas niepohamowana potrzeba zamoczenia kubków smakowych w lurze ze stacji benzynowej moż odbić się na nas gdy nasz biznes odwiedzi rzeczony sprzedawca i połowie naszej „gadki” napadnie go, oczywiście że niepohamowana potrzeba zjedzenia budyniu waniliowego. Klienta należy traktować jak gościa – w tym wypadku jak gościa, który przyjechał na tydzień, a siedzi trzeci miesiąc wyżera wszystko z lodówki, jego brudne skarpetki walają się po podłodze w salonie a w zlewie leży jego 30 brudnych kubków – a jakże po kawie.
    Morał z tego taki – traktujmy się ta jakbyśmy chcieli być traktowani.

    1. Ad. 1.

      Aleś mi dowalił, jak Mike Tyson. ;-P

      jak można dać telefon komuś z kim się nie chce rozmawiać, a później dziwić się, że ta osoba wykonuje swoją pracę i dzwoni, próbując sprzedać samochód.

      Czytaj dokładniej pls. Dałem telefon z prośbą o WYŁĄCZNY kontakt SMS. Taki był warunek.

      Można to zrobić raz, może dwa ale później to zakrawa na masochizm albo na głębokiego Azheimera.

      Czy mówię, że teraz daję/dam mój tel. handlowcom?

      potem reszta…

      1. Nie dowalił, a rozbudował bloga. Traktuję to NIE jako twój personalny wpis na twoim blogu, ale jako przyczynek do dyskusji, aby żyło się lepiej.
        Robimy to wszyscy jak jeden mąż, dajemy numery sprzedawcom, albo cokolwiek robimy powtarzalnego czego żałujemy, więc zamiast narzekać, dziwić się że człowiek dzwoni, modlić się wieczorem zamiast za zdrowie Babci, żeby przypadkiem nie zadzwonił możemy będąc w salonie powiedzieć nie dziękuję, nie daję telefonów chyba że chce się pan/pani ze mną umówić. Jak mamy miękie serce to nauczmy się na pamięć telefonu do domu starców i rozdawajmy ten numer. Dwie pieczenie na jednym ogniu – nikt do nas nie będzie dzwonił, a ci ludzie siedzący w domu opieki na pewno się nudzą i posłuchaliby chętnie ile seat leon robi do setki. … a zawsze można też zablokować dany numer i voila gotowe.

    2. Ad. 2.

      jeśli chcemy napić się kawy czy herbaty powinniśmy udać się do kawiarni lub herbaciarni, jeżdżenie w tym celu po salonach samochodowych to jak wycieczka do zoo żeby dostać coś na obiad.

      Czy ja jeżdżę po salonach aby pić „darmową” kawę? Jaki jest Kolego realny koszt zrobienia kawy? Kilkanaście groszy?

      Nie mój Kolego – dobrą kawę to ja mam np. w domu, albo w pobliskim lokalu.

      Chodzi o praktykę i kulturę.

      Praktyka: Wyjeżdżasz oglądnąć auto, rozmowy przedłużają się, handlowiec prezentuję X opcji. Dodatkowo decydujesz się na jazdę testową. Itp. Rozmowa przedłuża się i robi się czas 2go śniadania czy innego lunchu.

      Rozumiem, że ty zawsze chodzisz z kawą, czy herbatą w termosie?

      Kultura: Przy rozmowach handlowych w firmach, szczególnie przedłużających się, wypada Klienta poczęstować czymś do picia, szczególnie jeśli robi się gorąco. To wariant minimum.

      1. Nie, nie chodzę wszędzie z kawą w termosie, ale jak idę gdzieś gdzie nauczyłem się, że nie ma kawy, a ja chcę kawę lub herbatę to przynoszę ją ze sobą. Dlatego że człowiek ma wpływ tylko na siebie i ja mogę moją chcicę łatwiej zaspokoić niż liczyć na to, że jakiś gość marzący o wciśnięciu mi złomu w cenie nowego Rollsa zadba o moje potrzeby.
        Oszczędzajmy sobie frustracje.
        Cobyś nie powiedział to musisz być dumny z tego jak idę po linii bloga.

        1. Sprzedaż to właśnie taki wieloetapowy, wielowątkowy proces, gdzie czasem dobra kawa podana przy okazji rozmowy handlowej, kompetencje sprzedawcy właśnie w sprawach pobocznych, itp. mogą zdziałać cuda.

          Wiedzą to marketingowcy. Może jakiś tu się odezwie? Kto wie.

    3. Ad. 3.

      Klienta należy traktować jak gościa – w tym wypadku jak gościa, który przyjechał na tydzień, a siedzi trzeci miesiąc wyżera wszystko z lodówki, jego brudne skarpetki walają się po podłodze w salonie a w zlewie leży jego 30 brudnych kubków – a jakże po kawie.

      Doprawdy dość szokująca teoria na temat obsługi Klienta. Ciekaw jestem co na to inny Czytelnicy.

      1. Jeśli już wyrwałeś zdanie z kontekstu pozwól mi odpowiedzieć. (zabrzmiało to jak scena z Pulp Fiction)
        Jednym z zadań sprzedawcy jest oddzielić plewy o ziarna. Ta zasada jest tym ważniejsza im droższy produkt się sprzedaje. Odpowiedzenie na pytanie, kto jest oglądaczem, a kto potencjalnym klientem pozwala sprzedawcy koncentrować się na tych drugich, a nie marnowanie czasu na pierwszych.
        Hej zawsze jest szansa, że nie mam racji i sprzedawca jest po prostu cienki Bolek i nie wie jak robić business, skoro tak to przyjmę krytykę na swoją owłosioną klatę. Pozdrawiam.

        1. Umiejętność odróżnienia oglądacza od zainteresowanego klienta leży po stronie sprzedawcy. Brak tej umiejętności to przede wszystkim jego problem, w żadnym razie mój.

          Nasuwa się jednak pytanie – kiedy oglądacz staje się zainteresowanym klientem… i w ogóle jakie cechy powinien wykazać klient, by być traktowany na serio…

          I jeszcze taka dygresja, że czasy kiedy sprzedawca był Panem, a Klient śmieciem, nazywały się PRL i się skończyły… dla mnie na pewno. A jeśli stykam się z handlowcem – wyjątkowym arogantem – co najmniej 10-20 osób w moim bliskim otoczeniu ma negatywny przekaz, aby się trzymać z dala od salonu X-Y.

          Znów …czy idąc do salonu na kolejne dni otwarte, czy oglądnąć auta mam się może wbić w garnitur i na stół wyciągnąć najnowszego ajfona, czy też może wystarczy podanie mojego nr. NIP do oferty leasingowej?

          1. To nie chodzi o to kto jest śmieciem, a kto panem.
            Jeśli kupujemy nową np. Toyotę Corollę, srebrną z takim to a takim wyposażeniem to możemy wybierać podejście salonu I jego obsługi do nas. Jeśli natomiast kupujemy samochód używany to najczęściej trudno jest porównać 2 samochody bo nie są one identyczne. Dlatego oczekiwałem wniosków z powyższej historii. Dla mnie wnioskiem z bloga o oszczędzaniu jest kup samochód, który będzie najbardziej spełniał Twoje oczekiwania, a kawa jest to jest albo jak jej nie ma to ok, kupię sobie w kawiarni. A jak są w salonie dni otwarte (powinny być codziennie oprócz niedziel) to masz się wbić w takie spodnie, żeby Ci portfel nie wyleciał na widok samej „kawy” bo każdy z nas zna kogoś kto kupił piękny I błyszczący samochód, a potem albo żałował bo był to zwykły strup albo miesięczne składki drenowały domowy budżet tak bardzo, że bułka z masłem wydawała się odrobiną luksusu.
            Notabene mój pierwszy samodzielnie kupiony samochód nie miał szyby w tylnych drzwiach od pasażera tylko pleksę, ale tak byłem zaabsorbowany kupowaniem, że sprawdzanie takich „drobiazgów” nie miało miejsca.
            Stąd podsumowanie; nie walczę z Tobą kto powinien komu stawiać kawę, a raczej oczekuję wniosków jak sobie z tym poradzić – na przykład – mówiąc do sprzedawcy po 2 godzinach negocjacji „No wie pan, ja tu już siedzę ze 3 godziny a nic pan nie zaproponował do picia, teraz tylko zniżka 500 złotych na tej skodzie jest w stanie ugasić moje pragnienie 🙂 A jak chcą się wypowiadać marketingowcy to niech to robią na blogu; jak zdobyć klienta. Może tam znajdą poklask I nauczą się jak traktować potencjalnego kupującego – aha I żeby nie było nie wyganiam ich z Twojej strony tylko grzecznie sugeruję.

          2. prowadzę też blog o firmie, taki blog pomocniczy, gdzie powyrzucałem trochę tematów typowo firmowych http://zarabianiepieniedzy.eu/ jednak u mnie jako blogera prowadzącego własną firmę siłą rzeczy pewne tematy się zazębiają

            zapewne niektóre osoby czytające ten blog patrzą jednocześnie z 2 stron, tak jak ja

            no jasne, to racja, że jako „oszczędzający” klienci jesteśmy zaaferowani dobrą kawą i powabną blondynką na recepcji, że przez to kupujemy czasem auto, które niekoniecznie jest idealne w sensie oszczędzania, ale ogólne wrażenie zakupowe daje nam satysfakcję

            może to dobry pomysł w czasie przedłużającej się rozmowy z handlowcem „o suchym pysku” wyciągnąć termos z zieloną herbatą czy kawą, heh i zapodać tekst o zniżce 500 zł

            dobre, jak o tym głębiej pomyśleć, naprawdę dobre

  3. Wiesz Remku,
    Sądzę, że przede wszystkim należy szanować siebie, bo jeśli siebie sie nie szanuje wówczas i szacunku do klienta nie ma…
    A klienci różni: jeden to „klient nasz pan”, bo jak ów „pan” dostojnie i z kulturą sie zachowuje.
    I my wobec niego też.
    Ale jest również „klient nasz CHAM”; nie zaprzeczysz temu i nie ma sensu go z atencją traktować, bo głupi z natury (lub wychowania) i uzna jeszcze, że jego chamstwo jest prawidłowym postępowaniem.
    Mądrości i elastyczności trzeba…
    To tak ogólnie, a co do rzeczonej kawy, herbaty lub czegoś zimnego (może być i wódka, a co!).
    Dobry handlowiec nie proponuje powyższego „każdemu z marszu”, bo po co?
    Ale z dużym prawdopodobieńswem rozpozna czy to ktoś, kto chce kupić czy tylko „zwiedzacz-globtroter” i temu pierwszemu coś zaproponuje.
    A dobry klient częściej odmówi niż skorzysta…
    Tak to widzę ja, ale jak wiesz, ja mam spaczone podejście 😉

    1. Jeszcze raz przypominam, że ie chodzi mi o mylenie salonu sprzedaży z serwisem kawowym, ale jak wizyta się przeciąga, handlowiec sprawdzi sobie moje dane i dane firmy w systemie widząc, że nie jestem „globtroterem”, no to trzymanie mnie „o suchym pysku” nie pomaga ani mi, ani temu sprzedawcy.

      Właśnie za chwilę udaję się do dwóch salonów sprawdzić dwa auta dla firmy. Jakoś dziwnym trafem to są właśnie salony, gdzie sprzedawcy okazali się generalnie dość uprzejmi i obsługa mi odpowiada. Jakoś dziwnym trafem nie ciągnie mnie w miejsca, gdzie było inaczej.

      Wiesz zrobiłem blef. Żart. Powiedziałem, z poważną miną, „wspólniczce” w interesach, że jest bardzo dobra oferta i może jednak zerknę do salonu X i Y, będącą własnością ludzi, którzy delikatnie mówiąc, nie byli wobec nas fair. Reakcja alergiczna. Oszalałeś?! Nigdy w życiu, prędzej pojadę na 2gi koniec Polski po auto niż, zaglądnę do X i Y!

      Widzisz, dla wielu klientów obsługa i jej styl jest jednak ważniejszy niż się wydaje.

      1. Reakcję wspólniczki opisałeś tak, jakby jakąś histeryczką była 😉
        Nie wiem, nie byłem przy tym, ale „skreślanie” kogoś tylko z powodu, że „się uśmiechnął o sekundę za późno i o trzy sekundy za krótko”?
        Obiektywnie patrząc to są nieistotne, niemerytoryczne bzdety bez najmniejszego wpływu na jakosć kupowanego/sprzedawanego towaru…
        Tylko, że niestety obecne czasu to „cywilizacja pip” czyli picu i pozoru…
        Jesteśmy gotowi zachwycić się gó…. jeśli tylko podadzą nam je w pięknym opakowaniu, na srebrnej tacy…
        I poczęstują kawą 😉

        Uprzejmość (biznesowa) i kultura (biznesowa) jak najbardziej, ale niestety coraz częściej – i naprawdę nie mam tu na myśli Ciebie – klientom „w d…ch zaczyna się przewracać”, bo jako sprzedający ich do tego przyzwyczailiśmy…
        Sami na siebie bat kręcimy.
        Jak sie wyłamać z tego obłędu, jak „odpowiednie dać rzeczy słowo”, nie wiem…

        1. Nie wiem, nie byłem przy tym, ale „skreślanie” kogoś tylko z powodu, że „się uśmiechnął o sekundę za późno i o trzy sekundy za krótko”?

          Oczywiście, nie tylko chodziło o to, ale też o całokształt obsługi. Także w sensie rzetelności serwisu, itp.

          Podkreślam, że chodzi o całokształt. Może i jesteśmy cywilizacją PIP, jak mówisz, ale zarówno w temacie rzetelności, jak i – co także ważne – kultury obsługi, czasy PRL się skończyły.

          O czym nie wszyscy pamiętają.

          1. Ilu klientów tyle oczekiwań…
            I nie dogodzisz wszystkim 🙂
            A jeśli będziesz próbował wówczas jedyne co z pewnością osiągniesz to nerwica 🙂
            No to juz lepiej mieć odrobinę (zaznaczam: odrobinę) „wywalone” wóczas ew. nerwicę wywoła się u klienta 😉

          2. Wiesz co mnie wkurza? Generalnie w Polsce jest klimat konfrontacji między klientem a usługodawcą. Ten klimat jest często z 2 stron i obydwie strony są tak samo (procentowo) winne. No i to staranie się wykiwać jeden drugiego.

            Jako osoba obsługująca klienta spotykam się z chamskimi, bezczelnymi i burackimi przypadkami po stronie klientów.

            Jako klient wchodzę gdzieś czasem mam do czynienia z jakimś usługodawcą, który głowę nosi wyżej chmur, dodatkowo jest nieprzyjemny w eksploatacji.

            Może i jak to mawiasz, PIP, ale wolę zdecydowanie uśmiech, kulturę i klimat współpracy po obydwu stronach.

          3. …a dobra kawa przy rozmowie nie zaszkodzi na pewno.

          4. Tak, kąsamy się jak bezpańskie kundle (bo z pewnościę nie jak wilki).
            I ogólnie dążymy do tego (co jest niepojęte dla moich znajomych z „zagramanicy”), by jak najkorzystniej „wydmuchać” drugą stronę…
            Takie „chłopskie, życiowe cwaniaczkowanie”

            A kawa to miły, ale zupełnie niekonieczny dodatek 🙂

          5. Z tego wszystkiego zastanawiam się nad wstawieniem do siebie choćby jakiegoś nibyexpressu i plastikowych kubków.

            Ponieważ jak dotąd potrzeby poczęstunku gościa załatwiała knajpa obok lub ten wieśmak, gdzie ostatnio siedzieliśmy.

          6. Tani ekspres i owszem (i nie musi to być wyłącznie kapsułkowy), ale plastikowe kubki?!
            Może jeszcze z nadrukiem logo firmowego tak, że będziesz wraz z kawą dawał klientowi gadżecik reklamowy?! 😉

            No weź…
            Jak już chcesz raczyć klientów kawą lub herbatą to kup jakiś tani komplecik filiżanek z linii „biurowej”…

          7. Może kompromis? Na rutynowe spotkania dla „przypadkowych spragnionych” z ulicy może i jak na stacji. Na rozmowy handlowe porcelana. Co ty na to?

  4. A może chodzi o to że ‚roszczeniowy’ Remigiusz za chwilę zarząda jeszcze ciastka i dwudaniowego obiadu a w międzyczasie toalety z prysznicem. I na szkoleniach uczyli żeby nie proponować kawy. Co do skody to oni mają tam takie dziwnie podmiotowe podejscie do klienta, sam to przechodziłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Policz to * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.